

Kiedy przyjechałem odebrać wyremontowane mieszkanie, w środku były trzy łazienki i jedna zamontowana muszla klozetowa. Jedna.
To był moment, w którym zrozumiałem, że w branży remontowej coś jest fundamentalnie nie tak. Właściwie zrozumiałem to dwa razy.
Kilka lat temu kupiłem inwestycyjnie mieszkanie w Hiszpanii. Mieszkałem wtedy w Polsce, więc remont prowadziłem zdalnie. Nie miałem na miejscu nikogo zaufanego, żadnego znajomego ani sprawdzonego wykonawcy. Musiałem zaufać komuś, kogo znałem wyłącznie z rozmów telefonicznych.
Regularnie dostawałem zapewnienia, że wszystko idzie zgodnie z planem. Zdjęcia, aktualizacje, deklaracje terminów. Przelewałem kolejne transze. Wszystko brzmiało profesjonalnie do dnia, w którym przyjechaliśmy z rodziną na gotowe.
Zastaliśmy trzy łazienki i jedną muszlę klozetową. Bez deski, bez umywalki. Jedynym miejscem do mycia siebie i naczyń była wanna. Nie wiedziałem wtedy, czy się śmiać, czy dzwonić do prawnika.
Później odkrywaliśmy kolejne niespodzianki: przewierconą rurę kanalizacyjną i ukryty wyciek, źle zamontowane drzwi prysznicowe niszczące drewnianą framugę, farbę odchodzącą od ścian razem z taśmą malarską, oszczędności na materiałach. Faktur, mimo wielokrotnych próśb, nigdy nie wystawił. Ostatnim etapem remontu było zniknięcie wykonawcy. Do dziś moi prawnicy próbują go odnaleźć.
Pomyślałem wtedy, że przyczyną była odległość. Byłem daleko, nie mogłem kontrolować sytuacji, w Polsce będzie inaczej. Nie było.
Kolejny remont prowadziłem już na miejscu. Wykonawca codziennie wysyłał zdjęcia z postępu prac i wszystko wyglądało profesjonalnie: narzędzia, materiały, ktoś zawsze przy pracy. Na zdjęciach zawsze ktoś coś robił. Na budowie już niekoniecznie.
Rozliczaliśmy się godzinowo i przez dwa miesiące słyszałem, że jeszcze tydzień i kończymy. Kiedy w końcu weszła nowa ekipa, żeby ocenić sytuację, werdykt był krótki: minimum dwa miesiące do końca, plus poprawki po poprzednikach. Stałem w tym mieszkaniu i miałem déjà vu.
Równolegle prowadziłem firmę technologiczną zajmującą się danymi i sztuczną inteligencją. Widziałem, jak technologia monitoruje fabryki, logistykę i produkcję w czasie rzeczywistym. Każdy proces daje się zmierzyć, przeanalizować i poprawić.
Skoro mogę śledzić kuriera z paczką co do metra, dlaczego nie mogę śledzić remontu za kilkaset tysięcy złotych?
Z jednej strony miałem branżę, w której klient ma minimalną kontrolę i ogromną asymetrię wiedzy. Z drugiej dojrzałą technologię: kamery wysokiej rozdzielczości, czujniki, analizę obrazu i automatyczne raporty. Nie chciałem zakładać kolejnej firmy remontowej, tylko zbudować narzędzie kontroli, które daje klientowi twarde dane zamiast deklaracji. Tak powstał FOTON.
Od jakiegoś czasu fascynuje mnie fizyka kwantowa. Czytam, oglądam, wciągam się, aż w pewnym momencie zacząłem widzieć w niej rzeczy, które zaskakująco dobrze opisują to, co robimy.
Foton to kwant, najmniejsza i niepodzielna porcja energii świetlnej. Ciekawszy jest jednak efekt obserwatora: sam akt obserwacji wpływa na zachowanie fotonu. To nie metafora, tylko fizyka. Dokładnie to samo widzimy na budowie. Kiedy ekipa wie, że każdy etap jest dokumentowany, pracuje staranniej. Nikt nie chodzi na skróty, bo skróty widać. Nie trzeba nikomu stać nad głową, wystarczy, że dane są.
Foton to też po prostu światło, a światła w remontach brakuje najbardziej. Klient stoi w ciemności, nie wie, co jest pod tynkiem ani czy rury są te, za które zapłacił, i musi wierzyć na słowo.
Nie musisz codziennie dzwonić z pytaniem o postępy ani ufać zdjęciom zrobionym specjalnie dla Ciebie pod dobrym kątem. Logujesz się i widzisz, co działo się dzisiaj, co wczoraj, a co w zeszłym tygodniu. Ile materiału zużyto i jaki jest postęp względem harmonogramu. A jeśli kiedyś dojdzie do sporu, masz dowody zamiast wspomnień.
Brzmi jak drobna zmiana, ale dla kogoś, kto stał w mieszkaniu z jedną muszlą klozetową na trzy łazienki, zmienia wszystko.
Wdrażamy FOTON na kilku placach i odzew jest większy, niż się spodziewałem. Okazuje się, że trafiliśmy w nerw, bo podobne doświadczenia ma mnóstwo osób. Inny wykonawca, inna historia, ten sam schemat: obietnice, opóźnienia, brak kontroli, frustracja.
Kiedy pojawia się monitoring i pełna widoczność, zmienia się dynamika. Spokój zyskuje nie tylko klient. Dobrzy fachowcy też to doceniają, bo wreszcie ich praca jest widoczna i udokumentowana, a oni przestają być wrzucani do jednego worka z partaczami.
Mamy apetyt na więcej. Dziś FOTON monitoruje i analizuje to, co dzieje się na budowie, ale docelowo chcę, żeby potrafił przewidywać opóźnienia, przekroczenia budżetu i ryzyka, zanim się zmaterializują. Chcemy, żeby remont był tak przewidywalny jak śledzenie paczki kurierskiej. Do tego jeszcze daleka droga, ale kierunek jest jasny.
Bo nikt nie powinien przyjechać na gotowe i odkryć, że na trzy łazienki przypada jedna muszla klozetowa.
Sprawdź koszty w naszym kalkulatorze — szybko i bez zobowiązań.